#9 – Wielkomiejska wędrówka wieczorową porą


Jeśli nie ukończyłeś 18 roku życie, to ten wpis nie jest dla Ciebie! Wydarzenia w nim opisane wykraczają poza sferę przyzwoitości wkraczając w krainę bezwstydności, lubieżności i grzeszności.

Czy na pewno chcesz przeczytać ten wpis?


Zaczynajmy!

Wreszcie skończył się Wielki Post! Dziś już niewiele osób dotrzymuje tradycyjnej wstrzemięźliwości od pokarmów, zabaw i innych radości w trakcie jego trwania, jednakże mnie coś wewnętrznie powstrzymuje od upragnionych hulanek.



Przyszła wiosna przynosząc ze sobą falę lodowatego chłodu. Zima w Polsce przesunęła się względem dawnych lat rozpoczynając swe działania dopiero od stycznia. Osobiście wolałbym, aby zima w ogóle zmieniła rejony występowania. Wyobraźcie sobie tylko czasy, w których nad Bałtykiem panuje klimat śródziemnomorski i zamiast flądry jedlibyśmy świeżo złowione krewetki królewskie. W mojej imaginacji przeraża mnie jedynie ilość odwiedzających nas obywateli niemieckich.

Nie o porach roku miało być!

Zniecierpliwiony wyczekiwaniem momentu, w którym mój własny umysł zezwoli mi wybrać się na imprezę, już w pierwszy możliwy dzień udałem się na małą przechadzkę po klubach. Niestety większość moich przyjaciół spędzało ten czas z rodziną, wiec do centrum miasta  poszedłem sam.

Postanowiłem pokonać drogę do ośrodka melanżu i braku kultury jakim stają się okolice wrocławskiego rynku w dni – powiedzmy – dansingowe autobusem. Jeśli uważacie, że mówię nieprawdę to polecam zwiedzić te rejony w niedzielny poranek, zaraz po jutrzence czyli przepięknej jasności zapowiadającej wschodzące słońce. Widok jest dramatyczny i myślę, że borsuk grasujący w kupie śmieci zrobiłby mniejszy bałagan. W dodatku borsuk przenosi często jedynie wściekliznę.

Z zatłoczonego pojazdu wysiadłem po przejęciu wszystkich nieprzyjemnych zapachów gęstniejących z każdą minutą w jego wnętrzu. Powąchałem dłonie i pragnąłem je wtedy odciąć. Niestety nie miałem niczego do cięcia przy sobie. Odgryzanie nie wchodziło w rachubę, ponieważ po prostu brzydziłem się dotknąć ich ustami.

Zawędrowałem w okolicę dość spokojną, rozświetloną ciepłym kolorem żółtych latarni. Plac ogrodzony przepięknymi kamienicami zachęcał do pozostania tutaj przez dłuższą chwilę, jednak nagle przed moimi oczyma przebiegła mała, szara mysz. Wystraszyłem się tego zwierzęcia tak mocno, że natychmiast znalazłem  bezpieczne schronienie w jakimś pubie tuż przy barze.

Zamówiłem standard: dwie wiśniówki – 80ml słodkiego płynu, szklankę złocistego whisky i tatar

Przedstawiony zestaw jest obowiązkowym startem, ponieważ nawet gdyby reszta nocy się nie udała to i tak tę noc należy uznać za udaną. Dwa kieliszki mocnego alkoholu rozpoczynają lekki szum w głowie i dodają kurażu, tak potrzebnego w razie jakichkolwiek niespodziewanych rozmów z obcymi osobami, a co gorsza ze znajomymi z pracy. Piwo utrzymuje lekki stan oszołomienia i umila czas podczas posilania się surowym, krowim mięsem z zagnieżdżonymi w nim prionami. Zawsze jedząc czerwone i zmielone ciało zwierzęcia myślę o tym, że na starość stanę się warzywem. Whisky to trunek zastępujący towarzysza.



Zagadnęła do mnie jakaś dziewczyna wciągająca już drugiego tatara. „Przyszła się tu nażreć” – pomyślałem. Rzucam okiem na jej sylwetkę i ku memu zaskoczeniu, okazała się – tak modną w obecnym czasie – fitdziewczyną.

Opięta na brzuchu bluzka uwydatniała twarde, jak skała mięśnie. Piersi postawione wysoko za pomocą stanika push-up zaburzały obieg krwi w moim organizmie. Kościste dłonie spowijały grube i niebieskie żyły ciągnące się przez całe przedramiona i jakby uchodząc w jedną najgrubszą nitkę osadzoną po środku mięśnia dwugłowego, zwanego najczęściej bicepsem. Długie blond włosy leżały swobodnie na obu ramionach pachnąc cudownie szamponem z Lidla.

– Niezły ten tatar – skomentowała, wkładając zaraz kolejny kęs do ust.

– Mnie również smakuje – odrzekłem, błyskawicznie wracając wzrokiem na moją prawie pustą szklankę perfumowanego trunku.

– Jestem Julia, pracuję w korpo – przedstawiła się bez zbędnych ceregieli.

– Ja też pracuję w korpo, ale nienawidzę mojej pracy. Firma zatrudnia kilkanaście tysięcy osób. Czuje się przez to jak nic nie znaczący trybik pośród wielu innych nic nieznaczących trybików – uzewnętrzniłem się nieoczekiwanie.

Dziewczyna przechyliła kieliszek do dna. Zamówiła kolejny od barmana, traktując go trochę, jak swojego służącego, po czym zapłaciła swoją złotą kartą kredytową, z jakiegoś zagranicznego banku.

 – Dla mnie jest to praca marzeń. Na co dzień posługuję się angielskim. Moim menedżerem jest Francuz, a jego menedżerem Niemiec pochodzenia tureckiego. Pensję mam super. Moi rodzice razem nie zarabiają tyle co ja sama. Przestałam ich odwiedzać, bo poziom ich życia mnie przeraża. Ostatnio byłam na zagranicznej delegacji. Nie wyobrażasz sobie, jakie biura mają za granicą: olbrzymi, przeszklony Open Space. Tam ludzie się szanują. Znają znaczenie pieniądza. Twoja firma jest mała i pewnie dlatego nie lubisz swojej pracy. W mojej pracuje ponad 100 000 osób na całym świecie – mówiła męcząc moją biedną głowę.

– Nie mówmy o pracy, jest to dla mnie drażliwy temat. Boli mnie brzuch, jak tylko o tym myślę. Jakie są twoje zainteresowania? – zapytałem chcąc zmienić tok rozmowy.

– Uwielbiam podróżować, lubię fotografię i chodzę na siłownię. – O siłowni nie musiała niczego dodawać, jej ciało mówiło samo za siebie. Zrobiło mi się gorąco, aż włosy samoistnie zaczęły prostować się na głowie. – Prowadzę też konto na Instagramie.

Wyjęła z torebki wielgachny telefon z ledwością mieszący się w jej żylastej dłoni. Odpaliła aplikacje Instagram

Zdjęcia, które mi pokazała przyprawiły mnie o zawrót głowy. Wypięte piersi, napięte pośladki, duże dekolty, uwydatnione usta, długie paznokcie, agresywny makijaż. Wszystkie te elementy podniosły mój puls dwukrotnie. Zdjęcia z siłowni wreszcie się skończyły i przeszła do zdjęć na jakiejś piaszczystej plaży. Myślałem, że wybuchnę.



– W tym roku byłam na bardzo drogich wakacjach zagranicznych – komentowała rozpoczynając wyświetlanie kolejnych fotografii.

„Tego to już za wiele. Nie uniosę tych bardzo drogich wakacji zagranicznych” – pomyślałem i wyszedłem z lokalu bez słowa, nie dopijając drinka.

Nieco podchmielony i w dobrym humorze udałem się do lokalu o bardziej rozrywkowym charakterze, niż pub z tanimi drinkami i przekąskami. Rzeczywistość poruszała się nieskładnie w oczach przesyconych alkoholem. Chłód powietrza przywracał świadomość i koncentrację. Błąkałem się wzdłuż najbardziej zatłoczonej z ulic centrum miasta.

Na swej drodze spotykałem przeróżne dziwolągi, jednak pewne cechy były dla nich wspólne: otępiały wzrok, wesoły nastrój i burzliwie rozchwiany krok – trudno było ocenić, gdzie stąpną następnym razem. Utrzymywali się z wielkim trudem na nogach. Wypełniająca me trzewia zazdrość sprawiła, iż począłem łaknąć zamroczyć się dokładnie tak, jak pozostali. W dodatku wydawało mi się nader niestosowane, abym wiódł prym w trzeźwości pośród półprzytomnych zombie.

Wszedłem do jednego z najpopularniejszych klubów, który cieszy się tak dużą popularnością ze względu na brak wstępu oraz możliwości chadzania po lokalu we własnej kurtce. Oczywiście te dogodności niosą ze sobą pewien koszt jakim jest na przykład zdewastowana toaleta i cholernie drogie drinki.

Po przejściu przez bramkę z ochroniarzami, natychmiast udałem się do toalety. Do męskiego, jak to zawsze bywa, tłumów nie było.

Zupełnie naturalna możliwość oddania moczu szybko i bez skomplikowanych działań decyduje o tym, że pomimo niekiedy większej populacji męskich gości w jakimś lokalu, łatwiej i szybciej można dostać się do męskiego.

Podszedłem do drzwi, otworzyłem je na oścież i przeraziłem się zastanym widokiem.



Drapiąc się po głowie, głowiłem się przez moment, czy aby na pewno powódź z 1997 roku już minęła.

Cała podłoga zalana była w niezidentyfikowanej cieczy koloru słomkowego. Pomimo, że doskonale wiedziałem co czyni się w tym pomieszczaniu, postanowiłem nie wnikać w skład tego płynu naiwnie zakładając, że nie jest to mocz moich poprzedników. Po około dziesięciu sekundach odstąpiłem od mojego planu, ponieważ nozdrza nasiąknięte gęstym i ostrym zapachem przemówiły do mnie zbyt wyraźnie. Założyłem koszulkę na nos, aby filtrować tę osobliwą mieszaninę gazów. Stanąłem w progu chcąc uniknąć zmoczenia butów, tym bardziej że but lewy po przetarciu podeszwy stał się higroskopijny. Nie chciałem zaczynać wieczoru od mokrych skarpetek. Zaparłem się ramionami o futrynę, stabilizując w ten sposób postawę. Zacząłem siurkać.

Rosła we mnie duma kiedy strumień złocistej cieczy wpadał wprost do zapaskudzonej muszli klozetowej. Czasami strumień kierował się obok uzupełniając kałużę wypełniającą toaletę i wzbudzając moje niezadowolenie. Rozprzestrzenianie się kałuży moczu niepokoiło mnie z każdą chwilą coraz bardziej, ponieważ emigrowała już na korytarz wspólny z damską toaletą. Ogarnęła mnie przeraźliwa obawa, że stado wyczekujących na swoją kolej kobiet pomyśli, iż jestem w całości odpowiedzialny za to co się tutaj dzieje, a ja po prostu stawiałem wisienkę na torcie.

Lejąc raz po płytkach, raz do sedesu myślałem o obfitej florze bakteryjnej zasiedlającej to niewielkie pomieszczenie. „Znów coś czerwonego wyrośnie mi na członku” – wnioskowałem zlękniony.

Podeszwy zamoczyły się i tak. Wszelkie próby uniknięcia kontaktu z mokrym podłożem spełzły na niczym. Przejrzałem się w lustrze poprawiając fryzurę. Buty wytarłem w suche płytki opuszczając toaletę. Dziewczyny myślały, że bawię się w taniec Michael Jackson’a., bo różniłem się od niego tylko tym, że idąc nie trzymałem się za jaja.

Bas dudnił mi w uszach. proste rytmy poprzecinane banalnymi melodiami pozwalały mi na taniec wyzbyty wszelkiej ekwilibrystyki i gibkości, jakiej brakuje mi od urodzenia. Stroboskopowe światła na krótko ukazywały umalowane twarze dziewcząt tańczących na parkiecie. Zdawały się bardzo piękne. Wiedziałem jednak, że alkohol i brak dobrego oświetlenia mogą zawyżać na mojej ocenie.

Ścianę podbierali: cygan w napomadowanych czarnych włosach z kręgosłupem wygiętym pałąk od trzymania rąk w kieszeniach za luźnych spodni, pryszczaty student w okularach w swojej najlepszej flanelowej koszuli i z lekkim wzwodem powstrzymywanym przez napięty materiał jeansowych spodni na kroczu, elegancki i dobrze zbudowany chłopak w białej koszuli ciągle przeglądający się we wszystkim co ukazywało jego znakomity wizerunek.



Wreszcie wykruszyła się najsłabsza ze stada. Czarnowłosa, szczupła dziewczyna z całkiem sporymi piersiami zwaliła się na ceramiczną podłogę niczym lalka w Toy Story na widok swojego pana. Biorąc pod uwagę fakt, iż przeszedłem w swoim życiu wiele kursów pierwszej pomocy i nie raz brałem udział w akcji ratunkowej (szczególnie żuli) zdecydowałem się natychmiast przywrócić prawidłowe funkcjonowanie tej upadłej kobiecie.

Cuciłem ją uderzając otwartą dłonią w twarz.

Niestety nie reagowała, dlatego ostatecznie zdecydowałem się wziąć ją na ręce. Uniosłem to niemal martwe cielsko i posadziłem na obszernym parapecie. Nie myśląc dość logicznie postanowiłem podać jej kolejnego drinka. Stan biedaczki nie pozwalał na jakikolwiek sprzeciw. Piła wszystko co podstawiłem jej pod nos. Próbując odmówić powiedziała do mnie coś, czego nie dało się zrozumieć. Widząc brak możliwości na przedstawienie mi swojego sprzeciwu poddawała się dalej mej woli. „Czemu ją poję alkoholem?” – pytałem sam siebie.

W pewnym momencie biedaczka osunęła się tracąc zupełnie kontakt z rzeczywistością. Zapytałem się jej wtedy:

– Jedziemy do mnie?

Odpowiedziała jakimś zwierzęcym pomrukiem, który uznałem za zgodę. Zamówiłem taksówkę i pojechaliśmy do mnie. Na moje nieszczęście winda się zepsuła, więc wtaszczyłem te zwłoki na 7 piętro. Przystawaliśmy często, a ja za każdym przystankiem chciałem dzwonić po karetkę myśląc, że dziewczyna już nie żyje. W końcu dotarliśmy do mojego mieszkania numer 77. Otworzyłem szeroko drzwi i weszliśmy do środka.

Znaleźliśmy się w kuchni. Zaparzyłem herbatę miętowa i podałem nowej koleżance. Liczyłem, że jej stan wróci do normalności po łyku gorącego napoju. Niestety podczas czynności związanych z przygotowaniem napoju dziewczyna osunęła się na ziemię leżąc wyciągnięta na wznak na kuchennej podłodze.

– Umarłaś! – powiedziałem do…

Zdałem sobie sprawę, że jeszcze nie poznałem jej imienia. Położyłem głowę na jej piersiach i zacząłem sprawdzać czy oddycha. Klatka piersiowa unosiła się ku górze po chwili opadając. Odetchnąłem z ulgą. Oczywiście w głowie już wizualizowałem sobie w jaki sposób radzę sobie z trupem na mieszkaniu. Rozrzucanie poćwiartowanych zwłok po okolicznych kontenerach nie brzmiało zachęcająco.

Chwyciłem ją powyżej kostek i zaciągnąłem do łóżka. Wcześniej rozebrałem do bielizny i okryłem koszulką z krótkim rękawem. Po tym wszystkim postanowiłem złożyć podanie do pracy w prosektorium, bo z ubieraniem zwłok radziłem sobie doskonale.

Położyłem się obok niej. Obawiałem się, że w czasie snu wylecą z niej jakieś płyny, ale nie miałem innej alternatywy. Jak tylko lęgnąłem tuż obok niej, owinęła się wokół mnie niczym bluszcz spowijający konar gałęzi.

Zasnęliśmy na dobre.



Zbudziłem się rano. Promienie słońca wpadały przez niewyczyszczoną szybę gnębiąc moje źrenice. Wstałem zasłonić żaluzje i wtedy zorientowałem się, że w łóżku nikogo nie było. „Okradła mnie” – pomyślałem, rzucając się zaraz do spodni, w których zostawiłem portfel. Ku memu zaskoczeniu kieszeń pozostała nienaruszona. Rozejrzałem się po pokoju i wszystko było na swoim miejscu, nawet talerz z niedojedzoną kiełbasą z przedwczoraj. Wtedy weszła do pokoju ona: naga, długowłosa i z obfitymi piersiami:

– Jestem Julia! – zakomunikowała zalotnie, opierając się o ścianę tak, aby lepiej zaprezentować mi swoje ciało.

– Znowu? – odparłem cicho

Wzniecił się we mnie płomień! Szybko skierowałem się po okulary, żeby lepiej zobaczyć piękność, którą z tak wielkim wysiłkiem wniosłem sobie do domu. Włożyłem szkła na nos i wnet całe libido ze mnie uszło.

„Powiedzieć beznadzieja to właściwie, jakby ją pochwalić” – cytowałem w głowie słowa piosenki.

Zaparłem się o blat biurka, bo prawie zemdlałem. „Co ja przywlekłem do domu i jak uniknąć stosunku seksualnego z tym, jak widać, napalonym osobnikiem?” – Dręczyłem się wewnątrz pytaniami.

Niewiele myśląc wybiegłem na balkon i przeskoczyłem przez balustradę. Wylądowałem w piaskownicy wypchanej psimi kupami. Piasek i zwierzęce odchody w nim zgromadzone zamortyzowały mój upadek.

Ktoś zadzwonił po karetkę. Chciałem wstać i pójść do domu, ale sąsiad przekonał mnie, że mogę mieć uraz kręgosłupa i będzie to ryzykowne. Wreszcie zjawiła się karetka. Wsadzili mnie niechlujnie do środka ambulansu. „Jeśli nie doznałem urazu kręgosłupa wcześniej, to na pewno stało się to teraz” – mówiłem do siebie. Jeździli ze mną od szpitala do szpitala, jednak żadna placówka nie chciała mnie przyjąć, bo wedle ich znakomitej wiedzy powinienem nie żyć po upadku z 7 piętra. Widać coś im w tym wszystkim nie odpowiadało.

W końcu przyjęli mnie w jakimś obskurnym szpitalu, którego nazwę wyparłem z pamięci. Zebrała się przy mnie spora grupa ludzi i zaczęli zadawać dziwne pytania nie mające nic wspólnego z moją ewentualną dolegliwością. Jeden facet wciąż pytał o szczegóły upadku, a gdy mu wszystko opowiedziałem to zaczął ciągle powtarzać:

– To aż tak brzydka była? – Śmiejąc się pod nosem.

Zabrali mnie na prześwietlenie. Mężczyzna z niemodnym wąsem pchał łóżko na kółkach, na którym leżałem. Mknęliśmy wzdłuż korytarza. Zakurzone i wąskie okna wpuszczały do środka niewiele światła. Mrok pogrążał całe szpitalne skrzydło.

– Nie włączacie tutaj światła? – zapytałem zdziwiony.

– Oszczędności – odparł trochę zmieszany.

Wezgłowiem mego przemieszczającego się łóżka otworzono drzwi do sali RTG. Rozpoczęcie pierwszych badań, po paru godzinach od upadku, podziałało na mnie kojąco. Wiedziałem, że niedługo dowiem się czegoś więcej o moim stanie zdrowia. Facet z wąsem przełożył mnie na stół znajdujący się w środku pomieszczenia, po czym je opuścił mówiąc, że idzie zajarać.

– Odwróci się – zawołał głos zza ściany.

Przewróciłem się na prawy bok.

– Odwróci się na drugi – zażądano chwilę potem.

Przewróciłem się na lewy bok.

– Położy się na wznak – nakazał niski kobiecy głos.

Położyłem się na wznak.

– To koniec. – Zakończono badanie.

– Dziękuję! Dobranoc! – powiedziałem, lecz nie usłyszałem nic po drugiej stronie.

Wszedł gość od pchania mojego łóżka. Teraz śmierdział tytoniem, a dłonie miał chłodne. Przewiózł mnie znów tym mrocznym korytarzem. Wjechaliśmy do windy. Wybrał piętro numer 7.

– To jakiś żart – powiedziałem chcąc rozluźnić atmosferę.

Reakcji po drugiej stronie brakowało. Wjechałem do pokoju. Leżał już tam młody mężczyzna z podwieszoną nogą i z jakimiś prętami w nią powbijaną. Przywitałem się w trakcie przerzucania mego cielska na łóżko do spania. Chłopak z wąsem opuścił pokój nie mówiąc do nas nic.

– Co ci się stało? – zapytałem lokatora.

– Skakałem z wieżowca na dmuchaną poduszkę i kość chrupnęła. Trzem pod rząd stało się to samo i zaraz potem zwinęli zabawkę – odpowiedział.

– Ja spadłem z balkonu, ale przeżyłem. – Swoją odpowiedzią wyprzedziłem jego pytanie. – Wiesz może, gdzie tu jest toaleta? Musiałbym się wysikać.

– Na końcu korytarza. Tylko na oddziale ortopedii nie ma kul, ani wózków dla pacjentów, więc ja skacze na jednej nodze, choć mówiąc szczerze od dwóch dni jestem tutaj sam, więc leje do umywalki. Jeśli chcesz to też możesz – zaproponował.

Wstałem ostrożnie obawiając się, że coś mi się mogło jednak przydarzyć. Podszedłem do umywalki i wysikałem się przy moim kompanie, dziękując serdecznie za tę dogodność. Ze świeżo poznanym kolegą rozmawialiśmy jeszcze długo, aż w końcu zasnąłem.



Rankiem moim oczom ukazała się salowa myjąca mokrą szmatą umywalkę. Pod drugim łóżkiem leżało ciastko. Myjąc podłogę kobieta nie dotknęła go mopem. Po całej akcji sprzątania miałem wrażenie, że co najwyżej naniesiono tutaj więcej zarazków. Wybiła 9 i w moim pokoju zjawiła się cała lekarska świta. Nie powiedzieli mi nawet „dzień dobry”. Czułem się jak facet w śpiączce, który ma świadomość, ale nie może się z nikim kontaktować, więc nikt nie oczekuje od niego jakichkolwiek bodźców. Gdy zaczęli wychodzić zapytałem grzecznie, czy uda się bym dziś wyszedł. Niestety nikt mi nie odpowiedział, jedynie młoda dziewczyna ciągnąca się za całym orszakiem, podeszła do mnie i powiedziała, że poleżę tutaj jeszcze kilka dni, bo specjaliści przychodzą tylko w tygodniu i to wtedy kiedy im pasuje. Podziękowałem za tę informację.

Przyjechało śniadanie: biały chleb, maleńka kostka masła, kawałek sałaty, szynka konserwowa i szpitalna kawa.

Kiedy napiłem się tej karmelowej cieczy od razu wyplułem ją z powrotem do kubka. Udałem się do pokoju lekarzy. Wypełniłem odpowiedni druk wypisując się ze szpitala i skierowałem się do domu. Najgorszą myślą było jednak to, że czeka tam na mnie Julia.

KONIEC!

Jeśli podobał Ci się ten wpis nie zapomnij podzielić się nim ze znajomymi! 😉

Zostaw Komentarz!

Zajrzyj do STREFY PORAD! Może znajdziesz w niej odpowiedzi na nurtujące Cię pytania?

Zapisz się do newslettera, a wtedy zawsze będziesz otrzymywać powiadomienia o kolejnych wpisach (zero spamu)!

 


Warto posłuchać:


 

Zapraszam do komentowania!

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.