#5 – Mysz w synagodze, czyli jak spieniężyć umarlaka


W tym odcinku przeczytasz:

  • Kim jestem i gdzie się znalazłam?
  • Kogo obserwowałam w starym budynku?
  • Czy da się spieniężyć umarlaka?
  • Kto, kogo i dlaczego obdarowuje kosztownościami?
  • Do jakiego nieoczekiwanego spotkania doszło na popularnym we Wrocławiu placu?

Zaczynajmy!

Uciekając przed rudym kotem wbiegłam przez uchylone drzwi do synagogi Pod Białym Bocianem. Nigdy wcześniej w niej nie byłam. W sali modlitewnej,  obniżonej nieco w stosunku do ulicy głównej, znajdowało się dwóch mężczyzn. Z wrodzonej ostrożności i genetycznie zakodowanej płochliwości wnet wdrapałam się na pierwszy poziom galerii zawieszonej po prawej stronie pomieszczenia. Stąd miałam znakomity widok na wszystko, co działo się na dole.

We wnętrzu świątyni panował półmrok. Słabe światło płonących świec nie pozwalało dostrzec wizerunków ubranych na czarno osobników. Obok jednego z nich leżał nieruchomy przedmiot.

Sto dolarów, sto dolarów, sto dolarów… – powtarzała w kółko drobniejsza postać.

– Masz tutaj 200 zielonych i daj już sobie spokój. Ja modlę się o grube miliardy, więc nie dręcz drobnostkami Stwórcy – rzekł drugi, wręczając nieznajomemu dwa papierowe banknoty.

– Dziękuję – wyszeptała w podzięce biedaczyna i opuściła budynek nie zakłócając już więcej panującej w nim ciszy.



Trwało jeszcze kilka minut zanim dobrotliwy darczyńca skończył swe gorliwe modły. Starczyło mi jednak cierpliwości, aby poczekać aż wyjdzie na zewnątrz. Byłam ciekawa, co też znajduje się obok niego. Ruszył się w końcu podnosząc z ziemi intrygujący mnie przedmiot i skierował się do wyjścia. Natychmiast wybiegłam na dwór i z niewielkiego gzymsu obserwowałam wydarzenia, jakie miały miejsce na placu przed synagogą.

Spowitą w mroku postacią okazał się nieludzko gruby Żyd z długimi czarnymi pejsami i pokaźną, kręconą brodą. Głowę przykrywał mu elegancki kapelusz, buty połyskiwały odbitym światłem latarni. Pod pachą trzymał łeb wychudłego trupa, za który ciągnął resztę martwego ciała niechybnie pożeranego przez zgniliznę opanowującą kolejne partie brudnego i zsiniałego truchła. Opustoszałe oczodoły umarlaka stały się miejscem zabaw dla dwóch much, co chwila przelatujących z jednego otworu do drugiego. Wyglądały jak gdyby przemierzały kolejne okrążenia podczas jakiegoś niepospolitego wyścigu. Pozbawiona zębów rozdziawiona gęba rozwierała się szerzej za każdym mocniejszym ściśnięciem zwalistego eleganta, głaszczącego zapalczywie pozbawioną życia czaszkę porośniętą cienką, jak pergamin skórą, na której co raz ujawniał się odgarniany zza długiej grzywki napis:

Polskie Auschwitz

Dłoń nieboszczyka wpadła do studzienki blokując się między kratkami. Wywinięte ramię umrzyka ukazało wytatuowany na przedramieniu numer. Jakiś niski przechodzień w okularach, widząc tę sceną podszedł do groteskowej pary, pomógł wydostać się z tarapatów i wręczył brzuchaczowi studolarówkę. Ten wziął zielony papier i zaraz wetknął nieboszczykowi do rozdziawionej gęby. Ku memu zdziwieniu umarlak przełknął banknot i oblizał się ze smakiem, po czym znów zgasło w nim wszelkie życie.

Nieoczekiwanie tłuścioch zaczął wykrzykiwać:

– Polskie obozy koncentracyjne! Polskie obozy koncentracyjne! Wrzuć kasę do japy mego dziadka zagazowanego w Auschwitz! Wrzuć kasę! To zadośćuczynienie za krzywdy mego dziadka!

Klika kolejnych osób w ślad za swoim małym koleżką wpakowało do japy truposza kilka złotych pierścionków, jakąś gotówkę, kartę kredytową i akt notarialny dający prawo własności do kilku gruntów w centrum miasta.



Żyd krążył po placu i krzyczał do znudzenia i gdy już miałam uciec w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia zobaczyłam w dole sporą niemiecką wycieczkę, jakich w Breslau w tygodniu i w weekendy kręci się wiele. Przyjeżdżają tu rodziny niemieckich obywateli przegnanych stąd po wojnie, a na których miejsce sprowadzono ze wschodu Polaków obdarowując każdego z nich prezentem w postaci poniemieckich domów, mieszkań, willi, a nawet całych kamienic. Teraz wiele z nich stoi w ruinie, bo przez kilka pokoleń nikt nie kwapił się, aby zadbać o tak łatwo zagarniętą darowiznę. Niemcy remontowali swoje nieruchomości cztery razy na jedno pokolenie, podczas gdy Polacy od czterech pokoleń nie zrobili z nimi nic. Dla nas myszy, to nawet lepiej, bo w ruinach łatwiej jest nam przeżyć, ale nie będę tutaj nikomu specjalnie za to dziękować.

Z grupy wycieczkowej wyszedł jakiś stary siwy facet zbliżając się do pokancerowanych zwłok. Przyglądał się im przez chwilę z wielkim przejęciem:

– To on wieszał mega dziadka Eichmana  w sześćdziesiątym drugim – skomentował nieoczekiwanie.

– To nieprawda! – natychmiast zaprzeczył grubas – Zagazował go Polak w czterdziestym czwartym.

– Polak? – zdziwił się przystojny mężczyzna. – Te zawszone szczury, przed którymi forsę chowamy pod mydłem w łazience, nigdy w życiu nie wymyśliłyby tak zmyślnej metody eksterminacji znienawidzonej nacji! – stwierdził stanowczo. – Tylko my Germanie zdolni jesteśmy do tak zmyślnych, choć przyznać muszę, przerażających idei.

– Czyli to od was forsę za dziadka powinienem zgarniać? – zapytał człowiek przypominający rabina.

– Od nas? Niemców? Za co?

– Za Holocaust!

– Jestem Niemcem, a za Holocaust odpowiedzialni są Naziści, a nie Niemcy! Pamiętaj, że to Niemcy były pierwszą ofiarą nazizmu! – Przerwał na moment, by wziąć głębszy oddech. – To mów, co z nim – wskazał na niewtrącającego się w dyskusję trupa.

– W porządku. Powiem prawdę – zgodził się pokornie. – Ciągnął sznur, którego koniec ściskał szyję  Adolfa Eichmanna, ale to ludobójca przecież był i gnida.

– Gnida czy nie, ale człowiek. W każdym razie skąd tatuaż na jego przedramieniu?

– Bo siedział w Auschwitz, ale przeżył, bo był kapo i sam pchał swoich do gazu.

– To jak umarł?

– Umarł normalnie. Pomyślałem, że zanim go pochowam to zarobię na nim jeszcze trochę. Miał ten więzienny tatuaż, więc wziąłem go pod pachę i łażę z nim zbierając kasę.

– Zbieraj, zbieraj, tylko się ode mnie odczep i żebyś mi narodu niemieckiego ludobójstwem nie szkalował! I uważaj, co by ten twój pupil forsą się nie obżarł! – powiedział wymachując wskazującym palcem w powietrzu.

Pomyślałam, że lepiej na to dłużej nie patrzeć, a jeszcze gorzej się wsłuchiwać. Zobaczyłam w dole rudego kota, przed którym wcześniej uciekałam. Leżał zwinięty na plastikowym krzesełku. Zbiegłam po ścianie w dół, ugryzłam jego puszysty ogon i zwiewałam przed nim ile sił w nogach wypluwając z buzi pomarańczową sierść  kocura.

Jeśli podobał Ci się ten wpis nie zapomnij podzielić się nim ze znajomymi! 😉

Zostaw Komentarz!

Zapisz się do newslettera, a wtedy zawsze będziesz otrzymywać powiadomienia o kolejnych wpisach (zero spamu)!


Money


2 Replies to “#5 – Mysz w synagodze, czyli jak spieniężyć umarlaka”

  1. Historia fikcyjna ale dobitnie pokazuje ludzkie ułomności, szukanie zysków i wyciskanie kropli soku z suchej cytryny. Z perspektywy myszy, pobocznego świadka wydarzeń, łatwiej kpić z nas samych, ludzi 😉 Mam nadzieję, że mysz częściej pojawi się w postach jako bezstronna obserwatorka dziwacznego świata absurdu człowieków!

  2. […] do pozostania tutaj przez dłuższą chwilę, jednak nagle przed moimi oczyma przebiegła mała, szara mysz. Wystraszyłem się tego zwierzęcia tak mocno, że natychmiast znalazłem  bezpieczne schronienie […]

Zapraszam do komentowania!

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.