#10 – Trekking wokół Annapurny – podróże kształcą


Trekking wokół Annapurny – pobierz krótki poradnik, podpowiadający jak przejść najpiękniejszy trekking świata.

Poniżej himalajska historia z przymrużeniem oka.


W tym odcinku przeczytasz:

  • Jak się podróżowało do Kathmandu?
  • Jaką kulturę spotkać można w Nepalu?
  • Czy z kurzem da się żyć?
  • Kogo spotkać można w Himalajach?
  • Co puszczają w górskich kinach?

Zaczynajmy!

Obudziłem się za późno, w dodatku zupełnie nieprzygotowany do podróży. W pośpiechu wziąłem największy plecak i załadowałem ciepłe, trekkingowe ciuchy. Najważniejszy był jednak paszport i dolary. Oskar przyjechał dokładnie w chwili, gdy skończyłem pakowanie.

– Spakowany? – zapytał, gdy wsiadałem do auta.

– Robiłem to na ostatnią chwilę. Musiałem dopiąć wszystko w robocie na ostatni guzik – usprawiedliwiłem swoje wczorajsze lenistwo.

Wyjechaliśmy na czas. Droga do Warszawy minęła raz dwa. Zaparkowaliśmy na zamówionym wcześniej miejscu parkingowym. Na lotnisku poszło gładko i wnet znaleźliśmy się w strefie bezcłowej z zapasem czasu. Od kilku dni dręczyło mnie przeziębienie, które postanowiliśmy leczyć niemieckim lekarstwem o przyjemnej nazwie: Jägermeister. 

Na pokład Airbusa A330 weszliśmy kompletnie pijani. Mimo naszego stanu, stewardessy z Qatar Airways uśmiechały się do nas szeroko, szczerząc swe śnieżnobiałe zębiska. Co więcej i ku naszemu zaskoczeniu, chwilę po załadowaniu nas na pokład częstowały nas darmowym i nielimitowanym alkoholem.



Po opróżnieniu wielu drinków wylądowaliśmy w Doha. Ze snu zbudziło nas uderzenie kół o asfaltową nawierzchnię pasu startowego. Zebraliśmy się w trymiga. Dwanaście godzin dzieliło nas od kolejnego lotu. Początkowo wypełnialiśmy ten czas piciem resztek alkoholu zakupionego w Polsce, lecz po chwili Oskar zauważył ciekawe stanowisko w głównym holu terminalu z wielkim, żółtym misiem będącym dziełem sztuki. Obsługiwała je przepiękna Arabka o długich czarnych i błyszczących włosach. Szmaragdowe, olbrzymie i owadzie oczy zwalały z nóg. Poruszała się delikatnie i zwiewnie, jak gdyby to wiatr wprawiał w ruch jej prześliczne kończyny. Gapiliśmy się tak z godzinę, a może dwie. W końcu zasnąłem.

W Kathmandu lądowaliśmy nocą. Zza okien widać było płomienne światła lamp rozświetlających całe miasto. „To musi być cudowne miasto” – pomyślałem.

Kurz – to pierwsze co niemal znokautowało mnie po opuszczeniu pokładu samolotu. Na ziemię splunąłem czarną śliną. Zakryłem usta i nos buffem, aby filtrować zanieczyszczone powietrze. Oczy wysuszyły się wnet od gromadzącego się w nich piasku. Nie zważając na niedogodności, pełen werwy udałem się po bagaże spragniony kontaktu z obcą kulturą. Zaraz przy drzwiach wyjściowych lotniska zaatakował nas tłum taksówkarzy, będących współpracownikami biur podróży. Nagle okazało się, że całą przygodę z himalajami można zamknąć zaraz po wylądowaniu w Nepalu. Taksiarz, bowiem potrafił: zamienić kasę z dolarów na niewiele warte rupie, wskazać na mapie miejsca, w których należy wykupić pozwolenia na konkretny trekking, zaoferować hotel, zamówić transport na dworzec autobusowy oraz kupić już wcześniej bilety na autobus. Co więcej, jeśli chciałeś mieć przewodnika, Szerpę (czyli tragarza), to też mógł ci to zorganizować. Oczywiście decydując się na pełną ofertę pozostawało ci jedynie iść przed siebie, bo wszystko inne zorganizowano za Ciebie. Duch podróżnika we mnie umarł.



Spacerując po centrum Kathmandu uderzył mnie absolutny brak kultury.

A jeśli jakąkolwiek kulturę dało się zauważyć, musiałeś za to zapłacić, jako zagraniczny turysta z wypchanymi kieszeniami. Na każdym kroku ktoś chciał wycisnąć od nas pieniądze. Oferowano: tajski masaż, seks, narkotyki, taxi, mapy, mandarynki, obiad w restauracji, noclegi z karaluchami, podróbki oryginalnych ubrań trekkingowych i wspinaczkowych oraz podróbki sprzętu trekkingowego i nawet małe, mobilne szachy byleby cokolwiek od człowieka wydębić.

Najbardziej zdumiewały kolorowe budki, przed którymi stali mali, grubi i zakurzeni Nepalczycy będący trzydziestokrotnymi zdobywcami Everestu. „Chyba musieli kochać tę górę skoro tak często tam powracali”. Oczywiście byli pracownikami biur podróży i odpowiadali za zaciąganie turystów z Zachodu na Najwyższą Górę Świata. Ci niepozorni goście potrafili wnieść na dowolny himalajski szczyt kogokolwiek – rzecz jasna za odpowiednią opłatą. „Nie masz nóg, to nie problem. Będziesz lżejszy podczas wnoszenia Cię na plecach”.

Kurz, wszędzie kurz. Wszyscy wciąż zamiatają, szczotkują, trzepią i otrzepują. Ubrania w kurzu, ludzie w kurzu, jedzenie w kurzu. Syf, bieda. Krowy chadzające po chodniku milionowego miasta. Małpy, hinduizm, buddyzm. Wszystko odpłatne dla ludzi z Zachodu. Jak słyszą, że jesteś Polakiem to mówią do ciebie po rosyjsku, ale nie chcą rubli tylko euro.

Podczas pierwszego kontaktu z miastem niby zupełnie przypadkowo spotykasz akurat jakiegoś gościa, który przyjechał do stolicy z wioski, aby uczyć się czegoś u jakiegoś super mistrza. Opowiada ci o rodzinie, pokazuje nawet zdjęcia. Próbuje się po prostu z tobą zaprzyjaźnić. W końcu pyta:

– Jeśli chcecie mogę z wami pochodzić po mieście i tak nie mam co robić.

Zgadzasz się, bo co ci szkodzi. Po chwili okazuje się, że wszyscy na ulicy znają tego gościa. Zwiedzasz z nim nic niewarte, zaśmiecone i zakurzone zabytki, za których oglądanie on nie płaci nic, a ty oczywiście bulisz. Gość cały czas snuje historie, że pieniądze nie są ważne i że są sprawy istotniejsze i ważniejsze. Po czym zabiera cię do swojej super szkoły, gdzie jego mistrz najpierw opowiada przepięknie o symbolice i znaczeniu mandali w ich kulturze, by w sekundę później próbować wcisnąć ci taki obrazek, schodząc o 2000 rupii za każdym twoim „NIE”, a gdy już wychodzisz definitywnie odrzucając ofertę, woła za tobą: „to ile możesz dać”. Odmawiając kategorycznie bałem się o własne życie. Zdegustowani towarzystwem „bezinteresownego” kolegi powiedzieliśmy mu: „żegnaj”, na co on zażądał od nas napiwku. Rzuciliśmy mu pięć dolców. Powiedział, że to mało. Rozstaliśmy się w niezgodzie.

– Spójrz co pieniądze czynią z człowiekiem – powiedziałem do Oskara.

Po wyrobieniu wszelkich formalności w tym ohydnym mieście, wreszcie dotarliśmy na dworzec autobusowy, na którym znów chcieli nam wcisnąć co popadnie, łącznie z czerwoną plamką na czole malowaną przez hinduskiego kapłana. Przegoniłem starego typa grożąc, że oberwie jeśli nadal będzie chciał mnie wysmarować tym czerwonym gównem! Na szczęście Oskar mnie powstrzymał.

Po dwóch dniach straciłem potencję seksualną. Bóg lepiąc Nepalczyków z gliny robił to chyba na próbę i tak zostawił.

Do autobusu weszło tyle osób ile się zmieściło. A jak się nie chciało zmieścić, to specjalnie zatrudniony upychacz, upychał całą resztę usuwając wszelkie puste przestrzenie dające pasażerom minimum komfortu podróży.



Dotarliśmy do Besisahar, czyli do miejsca, z którego startuje Annapurna Circuit. Tam wzięliśmy jeepa. Jeepem dojechaliśmy aż do Manang znajdującego się mniej więcej na wysokości Grossglocknera. Turystyczni puryści szli na nogach od samego początku trasy wystawiając się na całodzienne obsypywanie kurzem przez dwu i czterokołowe pojazdy.

Ze względu na wysokość w Manang, spędziliśmy tam dwa dni aklimatyzując się między innymi z grupką otyłych osób z Anglii wyposażonych w karbonowe kijki trekkingowe. W małym zakurzonym kinie oglądaliśmy „Siedem lat w Tybecie” z cudownym Bradem Pittem w roli głównej. Obżeraliśmy się też stekami z jaka oraz piliśmy drogie i ohydne piwo produkowane na zachodnich licencjach.

Nie mając wiele do roboty obserwowałem jakiego rodzaju ludzie wybrali się w tę magiczną podróż:

  • Bogaci turyści z Zachodu obstawieni wynajętą bandą nepalskich niewolników,
  • Dziwni podróżnicy, którzy sprzedali cały dobytek i wyjechali na długie wakacje, aby przewartościować doczesne  życie. W gruncie rzeczy to przede wszystkim przestali się myć. Pseudohipisi chcący robić coś fajnego. Z drugiej zaś strony może to lepsze niż praca w korpo?
  • Rosjanie (tu mam na myśli wszystkie państwa należące niegdyś do Związku Radzieckiego) gotujący we własnym zakresie na kuchenkach gazowych. Obiad można było zjeść za dolca lub dwa a oni w celu oszczędności nosili na plecach wyprawowe plecaki wypełnione po brzegi jedzeniem i sprzętem potrzebnym do jego sporządzenia. Problem był z nimi taki, że co kilka minut przystawali ze zmęczenia,więc trudno było z nimi spacerować.
  • Rowerowi wycieczkowicze pod komendą znużonego tymi krajobrazami lidera, który obrywał od grupy za wszelkie niedogodności na trasie. „Zapłaciłem, więc żądam!”
  • Polacy zachwycający się własną zajebistością, czyli tym na jakie super wakacje pojechali. Ewidentnie nie radzili sobie z euforią, którą wywoływała myśl o tym, jak będą wszystkim opowiadać o swojej niezwykłej podróży. Jeszcze pewnie blogerzy jacyś…

Dwa kolejne, krótkie, ale wyczerpujące podejścia pokonaliśmy pieszo. Zajęło to dwa dni. Na kulminacyjny punkt, czyli przełęcz pomiędzy dwiema dolinami – Thorong La – wjechaliśmy na wciąż pierdzących osiołkach. Na górze spotkał nas szampan, uściski i najdroższa w świecie herbata sprzedawana przez chłopaka, który chyba tam mieszka.

Kolejne dni wędrówki wyglądały dość podobnie: piękne widoki, brudni handlarze czymkolwiek, jazda autobusem i wreszcie dżungla z dziećmi wyżulającymi cukierki od obcych. Rzucaliśmy im krówki na ziemię i patrzeliśmy jak je wpieprzają. Oczywiście po pochłonięciu słodkości, papierki lądowały na ziemi. Za przykładem rodziców, dzieciaki absolutnie nie martwiły się otaczającą ich naturą. Palenie plastików w ognisku to dla Nepalczyka codzienność, chociaż rzucając okiem na kominy polskich domów i tego co się z nich wydobywa odnoszę wrażenie, że i u nas większości ludzi nie obchodzi los naszej planety.

Wędrując leśnymi ścieżkami w zielonym i gęstym lesie przy temperaturze około 25 stopni w cieniu natrafiliśmy na umorusaną dziewczynę z Warszawy. Historia dość standardowa: pracowała w korpo, zaoszczędziła, wyjechała, jeździ już tak od roku, ale hajs się kończy. Swoją historię, która jak sądzę była jej niebagatelnym powodem do dumy, opowiedziała nam zaraz po przywitaniu się, mimo że w ogóle nie pytaliśmy  podobnie jest ze studentami prawa. W chwilę później licytowała się z nami kto był wyżej, kto widział tygrysa, kogo zaatakował małpa, komu zwiał autobus, kto ma cięższy plecak, większą dziurę w bucie, generalnie kogo spotkały bardziej emocjonujące przygody i o co tam jeszcze się dało. Zdecydowanie nie mogła unieść, że ktoś mógł po prostu tu przyjechać, przejść się i wrócić do domu. Psuło to jej wizję robienia czegoś totalnie odjechanego. Pewnie nigdy o nas nie wspomniała opowiadając znajomym o swojej przygodzie.

Wejdź do strefy porad! Możesz tam pobrać krótki poradnik, który podpowie Ci jak dotrzeć do stóp Annapurny.

Jeśli podobał Ci się ten wpis nie zapomnij podzielić się nim ze znajomymi! 😉

Zostaw Komentarz!

Zajrzyj do STREFY PORAD! Może znajdziesz w niej odpowiedzi na nurtujące Cię pytania?

Zapisz się do newslettera, a wtedy zawsze będziesz otrzymywać powiadomienia o kolejnych wpisach (zero spamu)!

 


Piękny Nepal:


 

 

2 Replies to “#10 – Trekking wokół Annapurny – podróże kształcą”

  1. Zazdroszczę wyprawy i niezadufanego zdania na ten temat;) Trekking wokół Annapurny wpisuję na listę marzeń!
    Dzięki za poradnik, dobra robota!

  2. Zajebiscie napisane, prosto napisane, dosadnie napisane,…

Zapraszam do komentowania!