#9 – Wielkomiejska wędrówka wieczorową porą Część 4


W tym odcinku przeczytasz:

  • Kto robił mi zdjęcia?
  • Kogo spotkałem w pokoju?
  • Czy znalazłem toaletę?
  • Czym poczęstowano mnie na śniadanie?
  • Jak długo pozostawałem w szpitalu?

Zaczynajmy!

Wezgłowiem mego przemieszczającego się łóżka otworzono drzwi do sali RTG. Rozpoczęcie pierwszych badań, po paru godzinach od upadku, podziałało na mnie kojąco. Wiedziałem, że niedługo dowiem się czegoś więcej o moim stanie zdrowia. Facet z wąsem przełożył mnie na stół znajdujący się w środku pomieszczenia, po czym je opuścił mówiąc, że idzie zajarać.

– Odwróci się – zawołał głos zza ściany.

Przewróciłem się na prawy bok.

– Odwróci się na drugi – zażądano chwilę potem.

Przewróciłem się na lewy bok.

– Położy się na wznak – nakazał niski kobiecy głos.

Położyłem się na wznak.

– To koniec. – Zakończono badanie.

– Dziękuję! Dobranoc! – powiedziałem, lecz nie usłyszałem nic po drugiej stronie.

Wszedł gość od pchania mojego łóżka. Teraz śmierdział tytoniem, a dłonie miał chłodne. Przewiózł mnie znów tym mrocznym korytarzem. Wjechaliśmy do windy. Wybrał piętro numer 7.

– To jakiś żart – powiedziałem chcąc rozluźnić atmosferę.

Reakcji po drugiej stronie brakowało. Wjechałem do pokoju. Leżał już tam młody mężczyzna z podwieszoną nogą i z jakimiś prętami w nią powbijaną. Przywitałem się w trakcie przerzucania mego cielska na łóżko do spania. Chłopak z wąsem opuścił pokój nie mówiąc do nas nic.

– Co ci się stało? – zapytałem lokatora.

– Skakałem z wieżowca na dmuchaną poduszkę i kość chrupnęła. Trzem pod rząd stało się to samo i zaraz potem zwinęli zabawkę – odpowiedział.

– Ja spadłem z balkonu, ale przeżyłem. – Swoją odpowiedzią wyprzedziłem jego pytanie. – Wiesz może, gdzie tu jest toaleta? Musiałbym się wysikać.

– Na końcu korytarza. Tylko na oddziale ortopedii nie ma kul, ani wózków dla pacjentów, więc ja skacze na jednej nodze, choć mówiąc szczerze od dwóch dni jestem tutaj sam, więc leje do umywalki. Jeśli chcesz to też możesz – zaproponował.

Wstałem ostrożnie obawiając się, że coś mi się mogło jednak przydarzyć. Podszedłem do umywalki i wysikałem się przy moim kompanie, dziękując serdecznie za tę dogodność. Ze świeżo poznanym kolegą rozmawialiśmy jeszcze długo, aż w końcu zasnąłem.



Rankiem moim oczom ukazała się salowa myjąca mokrą szmatą umywalkę. Pod drugim łóżkiem leżało ciastko. Myjąc podłogę kobieta nie dotknęła go mopem. Po całej akcji sprzątania miałem wrażenie, że co najwyżej naniesiono tutaj więcej zarazków. Wybiła 9 i w moim pokoju zjawiła się cała lekarska świta. Nie powiedzieli mi nawet „dzień dobry”. Czułem się jak facet w śpiączce, który ma świadomość, ale nie może się z nikim kontaktować, więc nikt nie oczekuje od niego jakichkolwiek bodźców. Gdy zaczęli wychodzić zapytałem grzecznie, czy uda się bym dziś wyszedł. Niestety nikt mi nie odpowiedział, jedynie młoda dziewczyna ciągnąca się za całym orszakiem, podeszła do mnie i powiedziała, że poleżę tutaj jeszcze kilka dni, bo specjaliści przychodzą tylko w tygodniu i to wtedy kiedy im pasuje. Podziękowałem za tę informację.

Przyjechało śniadanie: biały chleb, maleńka kostka masła, kawałek sałaty, szynka konserwowa i szpitalna kawa.

Kiedy napiłem się tej karmelowej cieczy od razu wyplułem ją z powrotem do kubka. Udałem się do pokoju lekarzy. Wypełniłem odpowiedni druk wypisując się ze szpitala i skierowałem się do domu. Najgorszą myślą było jednak to, że czeka tam na mnie Julia.

KONIEC!

Jeśli podobał Ci się ten wpis nie zapomnij podzielić się nim ze znajomymi! 😉

Zostaw Komentarz!

Zajrzyj do STREFY PORAD! Może znajdziesz w niej odpowiedzi na nurtujące Cię pytania?

Zapisz się do newslettera, a wtedy zawsze będziesz otrzymywać powiadomienia o kolejnych wpisach (zero spamu)!

 


Warto posłuchać:


 

Zapraszam do komentowania!