#16 – Tatry, czyli moja pierwsza przygoda z wysokimi górami

Czterdziestka na karku, a ja jeszcze nigdy w życiu nie byłem w Tatrach” – pomyślałem oglądając w telewizji relację z akcji ratowniczej TOPRu:

Kobieta w wieku 33 lat runęła w przepaść po poślizgnięciu się na zalegającym płacie śniegu. Poszkodowana opadała swobodnie przez ponad 100 m, po czym zaczęła ześlizgiwać się po stromym trawiastym zboczu. Ostatecznie zatrzymała się w kosodrzewinie łamiąc sobie lewą nogę i prawą rękę. Pomimo braku kasku nie doznała żadnych urazów głowy. Turystka była trzeźwa.


Zaraz potem obwieszczono, że:


W rejonie Morskiego Oka doszło do śmiertelnego wypadku. Turysta poruszający się czerwonym szlakiem pomiędzy Wodogrzmotami Mickiewicza a Morskim Okiem potknął się o rozwiązane sznurowadło w lewym bucie. Uderzając głową o krawężnik doznał urazu głowy w skutek, którego nastąpił zgon. Turysta był trzeźwy.

Wsłuchując się w te fatalne wiadomości przypomniałem sobie o zmarłym tragicznie Krzysztofie Komedzie. Wspaniały muzyk i twórca cudownej kołysanki do „Dziecka Rosemary” uderzył się w głowę podczas durnej zabawy z kolegą. Na pierwszy rzut oka niewielkie stłuczenie okazało się na tyle pechowe, że spowodowało późniejszy zgon. Różnica pomiędzy wspomnianymi przypadkami jest taka, że Komeda był pijany.


Legenda


Rozmyślania o dramatycznych historiach rozwiała osobliwa potrzeba ujrzenia na własne oczy owianych złą sławą najwyższych gór w Polsce. Strach i niepokój zostały wyparte przez pragnienie doznania na własnej skórze niepowtarzalnej magii Tatr. Podobno wiele lat przed powstaniem człowieka, boski wysłannik lecąc roznieść piękno dla całego świata, zahaczył o jeden z tatrzańskich wierzchołków i rozdarł trzymany w rękach wór. Wszystkie pojedyncze porcje piękna rozlały się po okolicznych górach i dolinach. Tą górą był słowacki Krywań.

Przepiękna legenda ujęła mnie za serce, jednakże ciągle gdzieś obok dręczył mnie strach związany z historiami o niezliczonej ilości trupów, jakie odnaleziono wzdłuż najtrudniejszego szlaku Tart – Orlej Perci. Statystki rzeczywiście budziły we mnie niepokój. Robiłem w głowie szybkie kalkulacje dotyczące prawdopodobieństwa przeżycia w trakcie wędrówki z Zawratu na Krzyżne i wszystko wskazywało na to, że szanse przeżycia są spore, jednak śmierć była bardziej prawdopodobna niż zwycięstwo na loterii.


Sny


Przez kilka dni z rzędu miałem niespokojne sny. W moim umyśle przewijały się naprzemiennie obrazy zardzewiałych drabinek, uszkodzonych łańcuchów, wyślizganych i mokrych stopni wykutych w granicie oraz klamer zawieszonych nad olbrzymimi przepaściami. Dodatkowo dręczyły mnie projekcje, w których główne role odgrywały krwiożercze stada wilków i niedźwiedzi atakujących niewinnych turystów w samotności i z zaskoczenia. W snach ukazywały się również wygrzewające się na słońcu żmije, które za każdym razem przypadkowo nadeptywałem prowokując do ukąszenia. Najgorsze pośród wszystkich nękających mnie koszmarów były seanse gwałtownych burz.

Pojawiające się ni stąd, ni zowąd trwożliwe urojenia wyładowań atmosferycznych znajdujących swe ujście w moim starzejącym się ciele rodziły we mnie zalążek irracjonalnej paniki.

Dopiero później okazało się, że niekonieczne błyskawice ciskane prosto z nieba muszą powodować obezwładniający i monstrualny huk roznoszący się po całych górskich dolinach…


Przygotowania


Nie bacząc na miotające mną wewnętrzne rozterki podjąłem męską decyzję o wyjeździe w najwyższe góry Polski. Pozostało jedynie zrealizować mój plan oraz poinformowanie żony i dzieci, że w tym roku na wakacje jedziemy oddzielnie. „W tym roku spełniam swoje marzenia”.

Do górskiej wyprawy musiałem się najpierw przygotować, dlatego jeszcze kilka miesięcy przed wyjazdem poczytałem w internecie o podstawowych potrzebach tatrzańskiego turysty. Ku memu niemiłemu zaskoczeniu zdałem sobie sprawę, że moja garderoba nie spełniała żadnych z minimalnych wymogów jakim należało sprostać podczas trudnej wycieczki górskiej. Poszedłem zatem do sklepu w celu zakupienia odpowiedniego sprzętu koniecznego do bezpiecznego poruszania się w ciężkim i skalistym terenie.

Po kilku godzinach w sklepie pełnym kolorowych ubrań i gadżetów outdoorowych wyszedłem z niego z kilkoma kilogramami plastiku, który miał okrywać każdą część mojego ciała. Całość zapakowano do plastikowej torby. A za wszystko zapłaciłem plastikową kartą kredytową.

Wziąłem jakąś kurtkę z membraną w razie deszczu. Pod nią ciepły polar. Buty z podeszwą wykonaną z gumy nad gumami, czyli Vibram. Ponadto czapka w paski, rękawiczki pozwalające używać smartphone’a oraz odpowiednie, grube i bawełniane skarpety sięgające wysoko ponad kostkę. Dobrałem jeszcze spodnie trekkingowe z rozpinanymi nogawkami, bo nie wypadałoby wędrować w dżinsach. Specjalny materiał miał właściwości oddychające. Specjalista do Spraw Sprzedaży nakłonił mnie do zakupu wszystkiego, co demonstrując kładł na ladzie.

W ten sposób zostawiłem w sklepie górskim sporą część miesięcznej wypłaty. „Trudno, najwyżej nie nakarmię w tym miesiącu dzieci” – pocieszałem się głupkowato.


Ostatni tydzień


Po długim okresie wyczekiwań nareszcie nastał tydzień, w którym miałem wybrać się na wymarzoną wycieczkę.

Od środy zacząłem odliczać każdą godzinę do wyjazdu. Podekscytowanie rosło z każdą minutą zachęcając do chociaż wirtualnego doświadczania gór, stąd z każdą kolejną sekundą stawałem się coraz większym specjalistą w tematyce górskiej. Dowiedziałem się jak zachowywać się kiedy na szczycie złapie cię burza. Co zrobić w razie napotkania na swojej drodze niedźwiedzia. Gdzie najbardziej lubią wylegiwać się żmije. Jak często ze stromych zboczy spadają kamienie. Czy wolno pić wodę ze strumienia. Co grozi za wyjście poza szlak. Jaki posiłek warto zjeść w schronisku. Czym jest Ceprostrada oraz  Żleb Drége’a. I wielu, wielu innych ciekawych informacji…

Tydzień pędził jak szalony. W czwartek przeistaczałem się już powoli w alpinistę i znawcę literatury górskiej.

W piątek byłem gotów prowadzić kursy turystyki wysokogórskiej – i to nie tylko w Tatrach. Jednak bycie górskim trenerem musiałem zostawić na później, bowiem nadszedł czas wykorzystania swej wiedzy w praktyce. W środku nocy znalazłem się na dworcu PKS z plecakiem wypakowanym do granic możliwości.


Podróż


Waga mojego plecaka zaskoczyła kierowcę próbującego wrzucić go do luku bagażowego. Podejrzewam, że jestem odpowiedzialny za spowodowanie przepukliny pachwinowej u tego wąsatego mężczyzny. Całe szczęście nie rościł sobie żadnych praw do odszkodowania ani nie wyraził żadnych większych pretensji poza krótkim spojrzeniem pełnym nienawiści.

Na podróż zakupiłem wiele spożywczych artykułów: suszone owoce będące źródłem szybko dostarczanej energii. Czekoladę uzupełniającą niedobory magnezu. Kanapki z szynką, gorgonzolą i ogórkiem konserwowym jako przysmak ponad wszystkie inne. Wziąłem również 6 butelek z wodą, każda po 1,5 l objętości. Z moich wyliczeń wyniknęło i tak, że dawka wody na przewidziany czas podróży jest stanowczo zbyt niska, jeśli wziąć pod uwagę masę mojego organizmu.

W ostatnim momencie zauważyłem, że nie kupiłem czołówki – latarki noszonej na czole, w której przypomina się górnika. Wpadłem, więc do kiosku znajdującego się niedaleko dworca i zaopatrzyłem się w to niezwykle praktyczne i przenośne urządzenie generujące światło. Na moje szczęście cena urządzenia była bardzo atrakcyjna. Niestety za niespodziewaną promocję zapłaciłem w późniejszym terminie, ponieważ lekko chodzący przycisk Włącz/Wyłącz odpalił się już w czasie transportu powodując rozładowanie baterii, których niestety nie kupiłem na zapas.


Egoista


Calutką drogę w autobusie męczyłem się próbując znaleźć pozycję pozwalająca osiągnąć mi minimum komfortu. Było to niemożliwe, ponieważ siedziałem za człowiekiem w żaden sposób nie szanującym obecności innych. Rozłożył sobie oparcie kładąc je na moich kolanach. Liczne uwagi, nawet niegrzeczne, nie robiły na nim wrażenia. Brak wolnych miejsc zmusił mnie to zaakceptowania tej trudnej sytuacji.

Po kilkugodzinnej jeździe wreszcie wysiadłem na ohydnym dworcu w Zakopanem. Gnojowi odpowiedzialnemu za mój okropny stan dałem koniec końców w zęby. Przyczynkiem do zadania nokautującego ciosu był fakt, że ten parszywy egoista pochwalił się jakiejś dziewczynie, iż wyspał się doskonale. Otrzeźwiałem w mgnieniu oka po akcie przemocy zasilonym przede wszystkim zawiścią oraz nagromadzoną uprzednio nienawiścią.


Spacer nad Morskie Oko


Busa do Palenicy Białczańskiej nie musiałem szukać w ogóle, bowiem pojazd, za którego szybą spoczywała tabliczka z napisem: „Morskie Oko” czekał na mnie w gotowości i to dwa kroki od miejsca wysiadki. Niestety znak z kierunkiem jazdy był nieco mylący. Okazało się, że nie dotrę bezpośrednio pod słynny, polodowcowy zbiornik wodny.

Rozczarowująca prawda wyszła na jaw na parkingu umiejscowionym tuż przed wejściem do Tatrzańskiego Parku Narodowego: Odcinek pomiędzy bramą wejściową do parku a Morskim Okiem mierzył 9 km i prowadził powoli wznoszącą się asfaltową drogą. Szybko zorientowałem się, że na taksówkę nie było szans.”Dlaczego nie kursują tu busy?” – pytałem sam siebie.

Bilet wstępu kupiłem przez mobilną aplikację, więc nie musiałem płacić w kasie, a tylko pokazać kontrolerowi wejściówkę w moim telefonie.  Kilka kroków za punktem kontroli napotkałem na postój przewoźników do Morskiego Oka. Zaprzężone konie stały spokojnie kumulując energię na podejście oraz wydzielając z siebie nieposkromione fale smrodu. Mimo to Turyści ochoczo gromadzili się wokół starając się wynegocjować jak najlepszą stawkę za przewóz. Co więcej, żarli, pili i bez jakiejkolwiek krępacji ze sobą rozmawiali. Mnie ten smród zniechęcił i pomógł oprzeć się pokusie pokonania tak długiego odcinka czyimś kosztem. Nie spoglądając więcej w stronę tego udogodnienia ruszyłem dalej z kopyta.

A miało być tak pięknie…


Taternictowo


Spacerując fantastycznie przygotowanym szlakiem mijałem wielu pielgrzymów najróżniejszej maści. Wymienianie ich rodzajów zajęło by co najmniej z godzinę, a najpewniej nie zainteresowałoby nikogo. Dlatego wspomnę jedynie o najciekawszych pośród nich, czyli taternikach

Ci zaprawieni w górskich wędrówkach ludzie spoglądali na każdego urlopowicza wyposażonego w niewyspecjalizowany sprzęt trekkingowy z bardzo subtelnie sączącą się z oczu pogardą.

Osobiście i własnymi oczyma widziałem otaczającą ich sylwetki aurę bijącą rażącym blaskiem. Czuło się ich wszędobylską wyższość.

Kolorowy ubiór, jak i pełen werwy oraz lekko nonszalancki sposób poruszania się ujawniał nieznajomym twarzom kim są, wysyłając jasny komunikat, że zdecydowanie bardziej od szlaków turystycznych interesują ich  prawdziwe taternickie wyzwania – strome i skaliste tatrzańskie ściany.

Takie zjawisko jest bardzo popularne w przyrodzie. Wszelkiego rodzaju gady, czy płazy, jak np. salamandra, swym agresywnym ubarwieniem sygnalizują innej zwierzynie z kim mają do czynienia.

Wśród grupy niezwykłych dla przeciętnego wycieczkowicza wspinaczy byli tacy, którzy nie poznali jeszcze tych wszystkich dyskretnych metod kreowania własnego wizerunku, stąd musieli uciekać się do innych, prostszych narzędzi. Podstawowym sposobem prezentowania się przed maszerującą w górę tłuszczą, było przerzucenie sobie poliamidowej liny przez plecak tak, aby widział ją każdy przechodzień. Dodatkowo efekt potęgowały przeróżne dodatki takie jak : kask zwieszony na troku, dyndające na poszczególnych partiach ubioru kości, haki, karabinki oraz ekspresy. Błyskotki zdobiące tych osobników przysparzały im szacunku wśród zmęczonej wysiłkiem gawiedzi.

Obserwując te wszystkie osobliwości zgubiłem rachubę czasu budząc się z zamyślenia dopiero przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Szkoda tylko, że woda w ogóle nie opadała ze skał – nawet najmniejsza kropla. Dlatego, zamiast podziwiać wodne kaskady, skupiłem się na obrzydliwej barierce zabezpieczającej turystów przed upadkiem z wysokości po obu stronach mostu. Socjal-realizm najwyższych lotów, czyli pospawane ze sobą płaskowniki, teowniki i ceowniki pomalowane byle jaką farbą.

W późniejszej fazie drogi zwróciłem uwagę jedynie na Toj Toje roztaczające ze swych wnętrz ostry i nieprzyjemny zapach, który wolałbym zamienić na naturalny zapach mazi w nich się znajdującej.


Ciężka końska dola


Tuż przed dotarciem do polodowcowego jeziorka – zachwycając się pięknymi widokami – zauważyłem, że konie pociągowe zatrzymują się nie dochodząc do samej tafli wody. Przypomniałem sobie znów o fałszywej tabliczce umieszczonej za szybą tego góralskiego busa – „Niezły przekręt„. Zastanowiłem się wtedy, czy któryś z tych ciężko pracujących koni mógł kiedykolwiek zobaczyć Morskie Oko i wspaniałą panoramę Mięguszowieckich Szczytów.

Z rozmyślań wyrwał mnie widok fiakra bijącego leżącego na ziemi, wycieńczonego konia. Bat uderzał biedne zwierze raz za razem. Koń zdawał się być martwym. Ani drgnął.

Jakiś gruby, pucołowaty gówniarz – siedząc wygodnie w wozie – wciągał olbrzymią bułkę z mięsem i keczupem obserwując z dużym zainteresowaniem agresywnego górala. Nie przerywał posiłku nawet gdy keczup wydobył się z tyłu bułki opadając na opięty na tłustym brzuchu t-shirt. Dzieciak wyglądał na zmartwionego. Nie potrafił sobie wyobrazić, że będzie musiał wracać z powrotem na własnych nogach.

Jednakże brak reakcji zwierzęcia zmusił młodzieńca do powstania i otworzenia gęby w celu innym niż konsumpcja kanapki:

Wstań, śliczny koniku, wstań! – wołał donośnie.

Minąłem tę przykrą scenę docierając wreszcie do miejsca widokowego  znajdującego się przed schroniskiem. Zaparło mi dech…


Toaleta poranna


Wysiłek i niecodzienne emocje dały odzew pobudzając do aktywnej pracy mój układ pokarmowy. Toaletę odnalazłem w trymiga. Załatwiłem całą sprawę po dżentelmeńsku i po opuszczeniu pomieszczenia postanowiłem zjeść czekoladkę. Otwierając opakowanie pobrudziłem się roztopioną masą. Słodkość spoczywała w plecaku blisko moich pleców emitujących bardzo dużo ciepła powodując topnienie czekolady.

Wróciłem się zatem do sanitariatu, aby umyć ręce. Zimna woda z mydłem doskonale usunęła brudzącą substancję z moich dłoni.

Kiedy zacząłem wycierać palce w papierowy ręcznik, do łazienki wbiegł niski krępy chłopak z wielkim plecakiem na ramionach. Plecak ze stelażem (archaiczny model) wylądował w kącie ślizgając się po płytkach jak kula od kręgli po torze. Facet wtargnął do kabiny zatrzaskując za sobą drzwi z nieprzeciętnym impetem. Nawet nie usłyszałem, że usiadł a już przepotężny huk rozniósł się po całej toalecie.

– Idzie burza – skomentował poważnie stary góral.

Rozerwało go na strzępy” – pomyślałem. W dwie sekundy później doszedł do mnie odgłos ulgi, przyjemności i wytchnienia. Gość zdążył w ostatniej chwili, lecz nie jestem pewien czy nie doznał jakiś poważniejszych urazów. „Najpewniej zaparł się rękami o ścianki  rozdzielające kabiny od siebie, dlatego nie zobaczyłem jego głowy unoszącej się powyżej drzwi„. Siła wyrzutu była nieludzka. Ostatni raz przeżyłem coś podobnego osobiście kiedy zjadłem obiad w wegańskiej knajpie.


Żabia lalka


Żabia Lalka – strzelisty szczyt w rejonie Morskiego Oka – rozpadł się inicjując lawinę kamieni, która dotarła aż do dna Doliny Rybiego Potoku. Za to niecodzienne zjawisko specjaliści winią uderzenie pioruna, a właściwie falę dźwiękową, jaką potężny piorun wywołał.

Taką notatkę przeczytałem na stronie informacyjnej następnego dnia. Chciałem napisać do redakcji i wyjaśnić, że przyczynkiem tych pokaźnych zniszczeń był chłopak z gastrycznymi problemami a nie wyimaginowana przez media burza. Jednak rozmyśliłem się, biorąc pod uwagę fakt, że ten wystrzałowy mężczyzna mógł być od czegoś takiego nieubezpieczony, a koszty ponownego posklejania turni mogłyby obciążyć w sposób znaczący jego domowy budżet.


Jeśli podobał Ci się ten wpis nie zapomnij podzielić się nim ze znajomymi! 😉

Zostaw Komentarz!

Zapisz się do newslettera, a wtedy zawsze będziesz otrzymywać powiadomienia o kolejnych wpisach (zero spamu)!


2 Replies to “#16 – Tatry, czyli moja pierwsza przygoda z wysokimi górami”

  1. Mi się podoba. Czytam z zaciekawieniem. Niecodzienne sformułowania. 🙂

    1. Dziękuję za miły komentarz 🙂

Zapraszam do komentowania!

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.